Śmierć guru – Rabi R. Maharaj

Śmierć guru - Rabi R. MaharajNiezwykła, lecz prawdziwa opowieść o człowieku poszukującym prawdy.
Rabi R. Maharaj jest potomkiem długiej linii bramińskich kapłanów i guru. Codziennie spędzał długie godziny na medytacji, lecz stopniowo zaczęło ogarniać go rozczarowanie. Szczerze i otwarcie opisuje hinduskie życie i zwyczaje, wspominając swoje poszukiwanie sensu życia oraz wewnętrzną walkę między hinduizmem a Chrystusem. W czasie gdy wschodni mistycyzm, religia i filozofia fascynują wielu na Zachodzie, Rabi Maharaj oferuje świeże i odkrywcze spojrzenie od wewnątrz na praktykę religii hinduistycznej.

„Umierają oni tam, gdzie się urodzili

– w rynsztoku, w zaułkach lub na brudnych chodnikach w promieniach prażącego słońca – nie zaznawszy niczego poza nędzą, chorobami i ubóstwem oraz beznadziejnymi próbami ugłaskania lub ściągnięcia na siebie uwagi bóstw, które nie dość, że nie okazują im najmniejszej nawet oznaki miłości lub troski, to wzbudzają tylko jeszcze większy strach. Żyć i umierać w tak strasznej skrajnej nędzy i mimo to słyszeć, że jest się Bogiem i trzeba tylko „Zdać sobie z tego sprawę”! Któż mógłby wymyślić jakiś bardziej makabryczny żart?

Słyszeć, że ropiejące rany na twoim ciele, głód ściskający ci żołądek i głęboka pustka w twojej duszy to tylko maya, złudzenie… czyż mogło istnieć bardziej szatańskie oszustwo?”

Dane techniczne książki Śmierć guru

Autor Rabi R. Maharaj
Format 12 x 19 cm
Ilość stron 271
Okładka miękka

Fragment

Nie można powiedzieć, by moje aresztowanie tego wietrznego poranka w listopadzie 1975, kiedy to próbowałem przekroczyć  granicę pakistańsko-indyjską, było dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Zdawałem sobie dobrze sprawę z ryzyka, lecz misja moja była tak ważna, że wahanie nie wchodziło tutaj w grę. W tej chwili nie wynikłoby już nic dobrego z martwienia się czymś, co mogło okazać się tylko krótkim opóźnieniem … albo tą nieuniknioną rzeczą, której się na poły spodziewałem.

Podczas gdy sprawdzane były moje dokumenty, rozkazano mi poczekać na zewnątrz. W czasie tych dziesięciu minut, kiedy chodziłem powoli tam i z powrotem przed punktem granicznym pod chłodnym spojrzeniem kilku strażników, zacząłem domyślać się, co mnie czekało. Im dłużej czekałem,tym większą miałem pewność.

Zajęty moimi myślami, prawie nie zauważyłem podchodzącego do mnie oficera.
— Czy pan Rabindranath Maharaj? — zapytał, porównując fotografię w moim paszporcie z moim brodatym obliczem. Wydawało się, że myśli:
„Dlaczego ta broda?”. Albo może było to: „Oczywiście, broda!”.

— Tak, to ja — uśmiechnąłem się miło. Była to naturalna reakcja, oczekiwali jej moi przyjaciele i często komentowali. Taak, Rabi to taki
sympatyczny facet. „Nawet w sytuacji takiej, jak ta” — pomyślałem.

Wewnątrz jednak nie było mi do śmiechu.

— Proszę ze mną! — obrócił się nagle i skinął, bym za nim poszedł.

Gdy wszedłem do niskiego, drewnianego budynku skierowano mnie do znajdującego się na tyłach pomieszczenia, gdzie oczekiwało mnie jeszcze kilku odzianych w mundury urzędników o groźnym wyrazie twarzy. To właśnie tam, z dala od oczu tych nielicznych turystów, którzy po krótkim oczekiwaniu przekraczali granicę w obu kierunkach, usłyszałem przyprawiające o dreszcz, choć poniekąd oczekiwane słowa: „Jest pan aresztowany!” Jak gdyby po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, jak złowrogo połyskuje chłodny metal pistoletów noszonych przez każdego z otaczających mnie mężczyzn.

— Dlaczego szpieguje pan na rzecz indyjskiego rządu? — pytanie padło z ust starszego oficera siedzącego za biurkiem.

(…)

Kiedy pod ścisłą strażą czekałem samotnie na przyjazd z Lahaur człowieka nazywanego tu Szefem

(chciał przesłuchać mnie osobiście) przyszła mi do głowy pewna nikła możliwość odzyskania wolności. Byłoby to równoznaczne z przekonaniem tych zatwardziałych policjantów o czymś, czemu z wielkim trudem mogliby dać wiarę. Musiałem przynajmniej spróbować. Być może sama niezwykłość tej opowieści przemawiałaby na moją korzyść. Być może Szef dostrzegłby, że to wszystko jest zbyt nieprawdopodobne, aby było kłamstwem. Aby ta niewiarygodna historia mogła być zrozumiana, musiałaby być opowiedziana od samego początku, sięgając wstecz do mojego wczesnego dzieciństwa w Trynidadzie.

(…)

W roku 1974 ogarnęło mnie gorące pragnienie wyjazdu do Indii i spędzenia tam reszty mojego życia. Mając już prawie spakowany bagaż, podzieliłem się moimi planami z doktorem Francisem Schaefferem, znanym w wielu krajach przywódcą chrześcijańskim i autorem ponad 20 książek, który przez wiele lat prowadził swoją działalność misyjną wśród zachodnich intelektualistów. Ma swoją bazę w Alpach Szwajcarskich. Poradził mi wtedy, bym przemyślał moje plany i modlił się o to, był bowiem przekonany, że powinienem zostać na Zachodzie — dzięki niezwykłej historii mojego życia nadawałem się w szczególny sposób do tego, by pomagać ludziom, lgnącym do tego, co ja porzuciłem wcześniej.

Zobacz również

Byłem człowiekiem Arafata

Byłem człowiekiem Arafata – Tass Saada

Na lotnisku w stolicy Kataru oczekiwali go już bracia. Widząc pistolet za pasem starszego brata, …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *